Od mechaniki do mechatroniki

Od mechaniki do mechatroniki
Zbigniew Neumann odbiera sztandar ufundowany dla szczecińskiego oddziału. Fot. archiwum SIMP

– Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Mechaników Polskich ma długą historię. Organizacja założona w 1926 roku miała na celu wspieranie rozwoju społeczno-gospodarczego odrodzonej II Rzeczypospolitej.
– Szczeciński oddział utworzono 75 lat temu i na początku składał się on z niewielkiej grupy specjalistów. Wówczas najważniejsza była grupa przybyła z Gdańska z Henrykiem Sosnowskim na czele. Władze upoważniły tych ludzi do przejmowania majątku stoczniowego od Rosjan i zobowiązały do uruchomienia stoczni, których było wówczas kilka, co po zniszczeniach wojennych oraz skutkach szabrownictwa nie było łatwe. Trudno sobie wyobrazić, w jakich warunkach to się odbywało. Inżynier Sosnowski z doświadczeniem zdobytym przed II wojną w stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni zaczynał w Szczecinie m.in. od przerobienia niedokończonych kadłubów łodzi podwodnych na pontony, które wykorzystywano do wydobycia zatopionych holowników i innego sprzętu. W tym pionierskim okresie kadra mechaników była nieliczna, ale świetnie wykształcona w przedwojennych uczelniach, w szczególności we Lwowie. Absolwentem Politechniki Lwowskiej był też inż. Marian Grotowski, pierwszy szef biura konstrukcyjnego stoczni. Członkostwo w SIMP jednoczyło tych ludzi w rozwiązywaniu problemów, fachowe dyskusje i prace bardzo często toczyły się w prywatnych mieszkaniach, po tzw. godzinach, za które nikt nikomu dodatkowo nie płacił. W tym pierwszym czasie w stoczni znalazł się też technik Henryk Jendza, absolwent Szkoły Technicznej im. J. Piłsudskiego w Wilnie, po latach legendarny dyrektor tego wielkiego przedsiębiorstwa. Warto przypomnieć, że Henryk Sosnowski jako niezbyt pewny politycznie mimo niekwestionowanej roli w uruchamianiu stoczni stracił pracę i nawet dość długo nie mógł znaleźć nowego zajęcia. Na szczęście ktoś we władzach poszedł po rozum do głowy i wyśmienitego inżyniera zatrudniono na Wydziale Mechanicznym ówczesnej Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie. Był tam jednym z dziekanów i spod jego ręki wyszli pierwsi absolwenci kierunku budowy okrętów śródlądowych. W tamtym czasie taką specjalizację ministerstwo przypisało Szczecinowi, bardzo szybko jednak zlikwidowało.
– Ale stocznia nie była jedyna.
– Oczywiście, że nie. Zakładów czekających na uruchomienie było mnóstwo, w pierwszej kolejności elektrownie. Wszędzie potrzebni byli mechanicy. Żeby mógł rozpocząć pracę szczeciński port należało uruchomić liczne żurawie, które w większości zostały zniszczone, nawet pozatapiane. Tymi pracami kierował absolwent Politechniki Lwowskiej inż. Stanisław Smotrycki, później profesor i pracownik naukowy Politechniki Szczecińskiej. Do kolejnych uruchamianych zakładów należała fabryka przy al. Wojska Polskiego. Najpierw nazywała się Ursus, później zrosła się z nazwą motocykla Junak, a na końcu i najdłużej utrzymała się jako Polmo, ważny producent i dostawca podzespołów dla polskiej motoryzacji. Z tą firmą związani byli liczni członkowie SIMP, m.in. inżynierowie Andrzej Kazuba, Zbigniew Konieczek, Andrzej Łoniewski, Jan Praczyk i Janusz Skibiński – już absolwenci Szkoły Inżynierskiej i Politechniki Szczecińskiej.
– Pracy dla mechaników wtedy nie brakowało.
– Wręcz odwrotnie, to oni byli rozchwytywani. Nic w tym dziwnego, bo dużych przedsiębiorstw przemysłowych było bardzo wiele. Przypomnijmy dla przykładu Famabud, który produkował żurawie budowlane stosowane przez firmy w całym kraju, a także z powodzeniem eksportowane. Przez wiele lat na pełnych obrotach pracowały Huta Stołczyn, papiernia Skolwin, Wiskord i inne firmy. Wraz z rozwojem floty dalekomorskiej pojawiły się potrzeby w zakresie urządzeń i instalacji chłodniczych przystosowanych do pracy na statkach. Te problemy zgłaszane m.in. przez PPDiUR Gryf, którego dyr. technicznym był inż. Jerzy Neja, rozwiązywał ze swoimi zespołami inż. Zygmunt Płaska, który później jako wybitny specjalista z zakresu chłodnictwa wykładał w Wyższej Szkole Morskiej. Mówiąc o konkretnym wymiarze działalności mechaników w gospodarce, nie można ograniczyć się do roli inżynierów i techników, bo oni bez możliwości współdziałania z dobrze przygotowaną kadrą rzemieślników niewiele by zdziałali. Menedżerowie wielkiego przemysłu dobrze rozumieli tę zależność i przy większości przedsiębiorstw działały porządnie prowadzone szkoły zawodowe. Niestety, wraz ze stopniowym wygaszaniem wielkich zakładów wiele tych szkół znikło z mapy. To była duża szkoda.
– W Szczecinie wielkich przedsiębiorstw produkcyjnych w zasadzie od dość dawna nie mamy. Czy w tej sytuacji zmieniło się zapotrzebowanie na mechaników?
– W żadnym razie. Pracy dla tych specjalistów nie brakuje. I nie tylko dlatego, że mamy bardzo dużo małych i średnich firm produkcyjnych, na terenie stoczni w takich firmach pracuje ponad 2 tys. osób. Ale nie tylko fachowcy do pracy z metalem mają wzięcie, bo obecnie klasyczna mechanika coraz częściej łączy się ze sterowaniem elektroniką, z zastosowaniem metod cyfrowych. Dlatego kształci się już nie tylko czystych mechaników, bo coraz ważniejsza jest nowa dziedzina – mechatronika. Stopniowo wiele czynności produkcyjnych wykonują roboty, ale i one wymagają opieki i nadzoru ze strony człowieka, specjalisty mechatronika. Można śmiało powiedzieć, że jeden z najważniejszych celów SIMP, czyli doskonalenie zawodowe, pozostaje ciągle aktualny i jako mechanicy otwieramy się na wyzwania nowoczesności.
 – Dziękuję za rozmowę. ©℗